RSS

czy schody z piaskowca nadają się na zewnątrz

W drodze do Nieba Bram


Temat: Schody zewn. z piaskowca - potrzebna porada
Witam

Dawno sie nie odzywalem, choc przegladam to forum. Tym razem potrzebuje porady.
Zonka wymyslila oblozenie zewnetrznych schodow betonowych plytami z piaskowca o gr. 2-2.5cm.
Musze te schody treaz nadlac do poziomu pod te plyty, nie wiedzialem ile zostawia sie wysokosci na klej - zadzwonilem do kamieniarza (ale on robi tylko w granicie) i strasznie sie przejechal po piaskowcu - reasumujac wg niego nie nadaje sie wogole do stosowania na zewnatrz nawet po zaimpregnowaniu - wg niego impregnacje trzeba by powtarzac co pare lat.
Plyty z piaskowca jesli juz to mowi ze powinny byc 5cm bo wtedy woda nie przeniknie przez cala grubosc i nie bedzie rozmrazac (jakby to robilo roznice dla mrozu - ????). Szukalem po sieci i wiem ze jest jeden rodzaj piaskowca calkowicie mrozoodpornego - 0% nasiakliwosci, ale ja go raczej nie dostane - jest gdzies z Polski i sprowadzenie go bylo by nieoplacalne.
Reasumujac:
1. ktos ma piaskowiec na zewnatrz? jak dlugo? dzieje sie z nim cos?, jak byl zabezpieczany?
2. jaka grubosc piaskowca jest zastosowana?
3. jaka grubosc zostawic pod klej?
Źródło: forum.muratordom.pl/showthread.php?t=56250



Temat: Milczące Ostrze
Daran o tej porze roku wygląda pięknie. Słońce przez cały dzień nadaje czerwonego blasku całemu miasteczku, tworząc bardzo charakterystyczną atmosferę. Szczególnie interesująco prezentują się doki, woda migoce tutaj czerwonawymi barwami a w powietrzu czuć świeży zapach morza. 'Aż chce się tutaj mieszkać' - chciałoby się powiedzieć, jednak tylko turysta mógłby skojarzyć czerwoną poświatę mieściny z ciepłem i sielanką. Dla mieszkańców Daranu czerwień sezonowego słońca stała się symbolem żniw śmierci...

***

Nieopodal doków, na wyższym poziomie miasteczka znajduje się mniejszy rynek Daranu, ten na którym już od dawna się nie handluje. Gwoli ścisłości, to nawet się już tamtędy nie chodzi, dla własnego bezpieczeństwa. Każdy porządny obywatel wie, że na mały - czasem zwany starym - rynek chodzi się tylko wtedy, gdy ma się sprawę do Carmina. Jest to jedyna rzecz, która usprawiedliwia tak wielką głupotę, jaką jest przebywanie na małym rynku.
Tego słonecznego wieczora miał tu się ktoś zjawić. Wątły, wąsaty mężczyzna imieniem Gnaff niepewnym krokiem przeszedł wzdłuż rynku aż doszedł do ściany domów zbudowanych z piaskowca. Wszystkie one zdawały się być niezamieszkałe, jednak Gnaff wiedział co należy teraz robić by móc spotkać się z Carminem. Podszedł do drewnianych drzwi domu znajdującego się po środku, po czym zapukał w nie trzy razy - za pierwszym razem mocno, potem coraz słabiej, następnie pchnął drzwi i wszedł do środka. Tak, właśnie tak należało postępować. Carmin nie otwierał drzwi, należało go jedynie poinformować pukaniem o tym, że ma gościa a potem wejść sobie do środka, tym bardziej, że drzwi i tak zawsze były otwarte. Gnaff ujrzał wielką salę urządzoną iście w drewnianym stylu, wszystko obite było niedbale deskami i pomalowane ciemną farbą, której koloru nie można było rozpoznać w panujących tu ciemnościach. Czemu facet z taką ilością złota mieszka w takich warunkach? - pomyślał mężczyzna, po czym ruszył schodami na wyższy poziom. Tam, w przestrzennym lecz równie niezadbanym co dół pokoju, siedział na prostym, drewnianym krześle długowłosy mężczyzna. Jedyne co Gnaff mógł dokładnie zobaczyć to oświetlone żarem cygara, krzywe usta Carmina. Wątły mężczyzna szybko przełknął ślinę, po czym podjął:
- Witaj, Carmin.
W odpowiedzi otrzymał skinienie głową, a przynajmniej tak mu się wydawało, bo dokładnie tego widzieć nie mógł, było tu zbyt ciemno i zbyt gęsto od dymu. Gnaff postanowił przejść do rzeczy wychodząc z założenia, że im prędzej wyjdzie tym lepiej dla niego:
- Wiem czym się zajmujesz...wszyscy wiedzą... - w tym momencie podniósł głowę patrząc na niewyraźną twarz Carmina - ...powiem więc bez owijania w bawełnę...

***

Yorri spojrzał na zegar słoneczny wiszący na wielkiej wieży w centrum rynku handlowego. Pół do dziesiątej rano - szepnął sam do siebie, po czym począł żywiołowo pakować skrzynie ze świeżymi jabłkami na wóz, do którego zaprzęgnięty był biały koń. Praca wrzała w całym miasteczku. Rybacy wydobywali sieci na barki po nocnych połowach, myśliwi wracali z łowów z dorodnymi jeleniami rozłożonymi na toboganach a sklepikarze i handlarze wszelkiej maści zaludniali rynek handlowy. Do tego kręciło się tu mnóstwo ludzi, którzy przyszli zrobić zakupy. Yorri właśnie skończył układać ostatnią skrzynkę na wozie, następnie wsiadł na konia i klepiąc go przyjacielsko po pysku dał znak by ten ruszył: Chodź koniku, musimy się spieszyć, w takim tłoku niełatwo jest dotrzeć gdziekolwiek na czas. Po dość męczącej przeprawie przez ciasną uliczkę odchodzącą od rynku w kierunku zakładów przetworniczych Yorri w końcu zatrzymał konia przy drewnianym szyldzie Dżemy i konfitury Gnaffa. Zszedłszy z konia podszedł do drzwiczek sklepiku i przywitał się ciepło z właścicielem:
- Witaj, druhu! - uśmiechnął się szczerze - mam tu dla ciebie dostawę świeżych jak poranny deszcz jabłek. Pomóż mi je wnieść do środka.
- Wspaniale - odpowiedział, również uśmiechając się, Gnaff - Skrzynki pownośmy od razu do piwnicy, bo tutaj jak widzisz - zrobił zamach ręką - mam już skrzynie i nie ma miejsca na nowe.
Yorri skinął głową i razem wyszli na zewnątrz rozładowując skrzynie z wozu.
Gdy wnieśli już ostatnią skrzynię do piwnicy, Gnaff rzucił nagle:
- Wiesz, że nie dam ci za to złamanego grosza?
Yorri odpowiedział szczerym zdziwieniem.
- Pewnie zastanawiasz się dlaczego? Powiem ci dlaczego. Po prostu nie mam, wszystkie pieniądze, które zaoszczędziłem wydałem na Carmina.
Yorri zdziwił się jeszcze bardziej. Po chwili jęknął jedynie:
- Cóżeś na bogów robił u tego bandyty?
- Poprosiłem go o pomoc, od dziś nie będę musiał płacić za twoje owoce, bo twoje sady należą do mnie, stary pierdzielu.
Yorri chciał jeszcze coś powiedzieć, jednak zdążył tylko otworzyć usta i po chwili na jego gardle przez ułamek sekundy spoczął sztylet, który szybko przesunął się po całej szerokości szyi. Zamiast słów, z ust starca popłynęła krew. Padając na ziemię uchwycił jeszcze obraz dawnego współpracownika i przyjaciela ściskającego dłoń zakapturzonej postaci w jasnych szatach...
Źródło: linet.laohost.net/showthread.php?t=6853